Odyseja internetowa

Jeżeli, drogi czytelniku, surfujesz po Internecie i masz w sobie coś z odkrywcy, to co jakiś czas zapewne przeżywasz spore zdziwienie. Ja przynajmniej przeżywam. Zdziwienie zmuszające mnie do przemyśleń, którymi chciałbym się z wami podzielić.

Pomysł na cykl powstał jakoś w połowie 2008 roku. Stoi za nim kilka faktów, o których warto tu wspomnieć. Pierwszy i chyba najważniejszy to moje uwielbienie dla postaci Odyseusza. Argumentem nieco mniej istotnym, ale decydującym o tematyce, jest obserwacja rozmaitych zjawisk, na ogół natury społecznej, na jakie możemy natknąć się w Internecie. Kiedy wasz uniżony sługa, piszący te słowa, pojął jak rozległy, a momentami głęboki jest to temat, zakrzyknął: „Toż to istna Odyseja!”. W rezultacie skrystalizowała się koncepcja mająca na celu nakreślenie i subiektywne skomentowanie tego „co Odyseusz ujrzał”.

W tym nieco przydługim wstępie wypada zaznaczyć jeszcze jedną rzecz. Tak jak Odyseusz nie był kulturoznawcą i etnografem, tak ja nie jestem ani socjologiem, ani analitykiem sieci. Co za tym idzie, tematyka i jej przedstawienie nie są wynikiem profesjonalnego skrzywienia, a tylko i wyłącznie prywatnymi przemyśleniami, czasami wynikającymi z niezwykłych wprost „spotkań”, jakich miałem okazję doświadczyć.

Żeby przystąpić do szerszego omawiania tematu musimy zacząć od podstaw. Czym jest Internet? Co to jest sieć? Już słyszę tę krzyki: „Stary, daj spokój, przecież to wiedzą wszyscy”. Jednak, jak zwykł mawiać pewien angielski pisarz: „Tak, ale czy wiedzą tak naprawdę?”.

Idea sieci komputerowej jest prawie tak stara, jak idea samego komputera. Obie zresztą tylko o włos wyprzedzały na starcie rzeczywistość. Od samego początku były chętnie wykorzystywane przez pisarzy, a potem również filmowców. Jednym z najwcześniejszych i najobszerniej wykorzystanych pomysłów związanych z komputerami był wiodący wątek książki Roberta A. Heinleina, zatytułowanej „Luna to surowa Pani” (1966). Pojawiają się tam również pewne elementy związane z istnieniem sieci komputerowej.

Jednak niewątpliwie do wygenerowania tej koncepcji posłużyły rzeczywistość i rozpoczęte jeszcze pod koniec lat pięćdziesiątych badania zlecone przez wojsko. Uważa się, że to właśnie ów projekt rządowy zaowocował powstaniem sieci takiej jaką znamy dziś. Jego podstawą był element, który niewątpliwie decyduje o jej istnieniu współcześnie: protokół TCP/IP (noszący wówczas nieco inną nazwę – IMP). To właśnie ten drobiażdżek tak naprawdę jest Internetem. Oczywiście jeżeli nie liczyć fizycznych elementów: komputerów, modemów, kabli, przekaźników itp.

Przy czym dla większości szarych zjadaczy chleba Internet to to, co dzięki niemu dostajemy: strony www, komunikatory i poczta elektroniczna. Uważamy (nie twierdzę, że wszyscy), że sieć to nie fizyczne obiekty, które ją tworzą, tylko usługi, które dzięki niej stają się osiągalne. Widać to nawet w języku potocznym. Przykładem może być: „znalazłem w sieci” zamiast „znalazłem przez sieć” lub „widziałem w Internecie…” zamiast „widziałem na stronie…”. Oczywiście w pewnym stopniu upraszczam, jednak doskonale to obrazuje to, co chciałem wam ukazać.

Ktoś mógłby zapytać: „A jakie to właściwie ma znaczenie?”. Z punktu widzenia odbiorcy/użytkownika zapewne żadne. Chcemy uzyskać dostęp do zasobów osiągalnych przez sieć, wiec się do niej podłączamy. Pojawia się proste równanie: mam Internet, to mam dostęp do pewnych zasobów, czyli owe zasoby to Internet.

Rzecz w tym, że ten punkt widzenia, przyjęty przez ogół odbiorców usług sieciowych, jest zarazem bardzo ciekawym zjawiskiem dla bystrego obserwatora. Po pierwsze – dowodzi, że ludzie stracili zainteresowanie tym, jak coś działa (oczywiście – znów nie wszyscy), oraz że we współczesnym świecie człowiek nie musi czegoś rozumieć żeby się tym posługiwać. I to zdanie, w moim skromnym odczuciu, doskonale podsumowuje zjawisko, które potocznie nazywane jest Internetem. Oczywiście można dowodzić, że ów brak zainteresowania nie dotyczy tylko i wyłącznie Internetu i komputera jako takiego. W znacznym stopniu jest to prawda. Już od dość dawna wiedza dotycząca działania co bardziej skomplikowanych urządzeń zastrzeżona jest dla technoszamanów. Nie dlatego bynajmniej, że zazdrośnie jej strzegą, tylko dlatego, że nikogo nie interesuje to, co oni wiedzą. Jednak w związku z tym pojawia się u mnie poczucie jakiegoś rozczarowania kondycją otaczającego nas świata.

One thought on “Odyseja internetowa

  • 28 lutego 2018 at 22:31
    Permalink

    A jak często siedząc w samochodzie myślisz o dziejących się pod maską procesach fizycznych i chemicznych (poza może spalaniem benzyny, o tym myśli się dość często, zazwyczaj klnąc pod nosem :D)? Albo rozważasz mechanizm działania telewizora? (wstyd się przyznać – ja go nie znam O.o) Cytując Gaimana (który co prawda pisał o nieco innym świecie), „technologia osiągnęła taki poziom, że równie dobrze mogłaby być magią”. Tym niemniej dobrze to sobie uświadomić.O ile językowo nie jest to zdecydowanie mój styl, o tyle treściowo „odyseja” zapowiada się smakowicie. Nie ma to jak troszkę intelektualizowania 🙂

Comments are closed.