Dyskusje o grach wideo

Ci jednak, którzy umieją docenić pracę, którą wkładają studia w tworzenie swych dzieł i nie mają nic przeciwko uznaniu tego zainteresowania za swoje hobby naczelne – no, to zupełnie inna klasa. Mam niewysłowiony zaszczyt znać osobiście obydwa typy – rozwrzeszczanego dwunastolatka, który robi setki screenów z „pacz jak wysadziło sztaba w tym kodzie” oraz dwudziestoparolatka na studiach, grającego w to co lubi w wolnej chwili – nie stroniącego jednakże od wypadów na miasto ze znajomymi. Gdybyśmy żyli na kontynencie hamburgerów pewnie jeszcze miałby w tylniej kieszeni wranglerów DSa. Ewentualnie byłby fajną dziewczyną.

Nie klasyfikujmy jednak grup po wieku. Znam także nastolatka, który w grach odnalazł sposób na poznawanie cudownych fabuł. Umie zaciekawić tym co robi innych, robi to w sposób kulturalny i, cholera no, dojrzały! Więc niech nikt nawet nie śmie użyć w rozmowie o podobnym temacie argumentu „taki wiek”. Nie, u kaduka, wcale nie wiek. Zwyczajne niedbalstwo wychowania i skrajna sieka w obrębie ich dostępu.

Kradziej: Jako że już trudno mi coś dodać do nietolerancji kulturowej większej części starszych pokoleń Polaków…

Sephirath: Wiesz, to nawet nie tyle nietolerancja co niezauważanie sensu. Oni bez tego życie przeżyli i tego faktu nie zanegujesz. Przy czym więcej luzu w postrzeganiu by się przydało.

Kradziej: … zajmijmy się może innym tematem, o którym półmordziem wspomniałeś. Fabuła. Niedawno dwóch znanych ludzi powiedziało, że gry są lepsze od filmów czy też nawet i książek w opowiadaniu historii. Zgodziłbyś się?

Sephirath: Dużo porównań na ten temat nawet i ja zrobiłem (zresztą nie raz), więc ciężko powiedzieć, czy się zgadzam czy nie. Filmowe gry (ekstra jakość oprawy) to to co się sprzedaje, książkowe zaś gry (ekstra jakość fabuły) to to, w co wciąż wielu z nas lubi przypykać w deszczowy, jesienny wieczór. Poza tym nie znam wielu hitów kinowych (a już o papierowych tytułach się nawet nie wypowiem), które oferują nam kilka zakończeń w zależności od tego co zrobią „aktorzy” pod naszym dowództwem.

Kradziej: Ważne jest to, co ostatnio – z tego, co wiem – przeżywasz przy okazji Persony 4. Mnóstwo sidequestów i szeroko pojętych czynności do wykonania poza główną osią wydarzeń. W tym tytule wykonujemy przecież zatrzęsie zadań niezwiązanych z fabułą ani samą ścisłą mechaniką jRPGów (walka + dialogi + eksploracja + rozwój postaci): randkowanie, uczęszczanie na zajęcia i tym podobne. Film nie zaoferuje nam aż tylu możliwości zżycia się z postacią, bo byłby zwyczajnie za długi. Natomiast gra video (konkretniej – większość RPG) pozwala nam nawet na długi czas schować główny wątek do kieszeni i zająć się taką na przykład hodowlą przerośniętych kurczaków.

O czym wspomniałem niedawno w Kradziej Sądzi #1 – gry pozwalają lepiej wczuć się w bohatera – często to nasze emocje tworzą fabułę gry. Nie chcę oczywiście ubliżać filmom, ale takich możliwości to one nie mają.

Sephirath: Trafne spostrzeżenie. Chciałbym zobaczyć minę wielu osób na sali w kinie gdyby ktoś ze środkowego rzędu jął się awanturować, że przecież Jimmy powinien zostać z Katie. A już naprawdę chciałbym zobaczyć miny tych ludzi, gdyby wyświetlany Jimmy zawrócił na pięcie i pobiegł jednak za odjeżdżającym tramwajem. Nie, kino swoimi prawami się rządzi, gry swoimi. Książki swoimi.

Ale wiesz, sam powiedz. Chyba nie chciałbyś, żeby każde pojedyncze medium wymagało od Ciebie skupienia i decyzji? Ja tam na przykład nie mam nic przeciwko pooglądaniu co ktoś trzeci dla mnie przygotował…

Kradziej: Jasne, że nie! Zawsze dobrze jest mieć gdzieś „z boku” jakiś durny film o kopnięciach z półobrotu i zdejmowaniu koszuli w połowie bitki (tutaj macham do „Transportera 3”). Ale to gry dają scenarzystom największe pole do popisu, to one najlepiej potrafią zaangażować gracza. Liczę na to, że deweloperzy będą w coraz większym stopniu próbowali wciągnąć gracza w świat ich gry, że podejmą się wyzwania grania na emocjach odbiorcy. W dzisiejszych czasach (kryzys, zwolnienia, zamykanie firm) może to być bardzo ryzykowne, ale jeśli gry mają ruszyć do przodu – jest to sprawa konieczna wręcz.

Sephirath: Ameryki toś nie odkrył, ale jakieś wioski na południu Kazachstanu – może. Gry takie jak Shadow of the Colossus albo ICO to wciąż pojedyncze przykłady bawienia się nastrojem widza, ale… Ale są – i nie są same. Nie chcę sztucznie rozciągać tego i tak trudnego do przeczytania tekstu, ale nie zapominajmy chociażby o aż nazbyt często na Gemono! przytaczanej Jeanne d’Arc. Spójrzmy na dawne RPG takie jak Baldur’s Gate I & II, Planescape Torment albo – z nowszych – Knights of the Old Republic (swoją drogą polecam tekst o drugiej części Wrót Baldura). Każda z nich oferowała dużo dylematów, dużo zastanawiania się i przywiązywania do postaci. I choć mają status kultowych – wciąż wzorujące się na nich tytuły nie osiągają topów sprzedaży. Aż tak wielu z nas, Graczy, to maniacy Wii Fit oraz kolejnych bezimiennych shooterów?

One thought on “Dyskusje o grach wideo

  • 28 lutego 2018 at 22:32
    Permalink

    Ciągle smęcisz o tym, jak to wstrętni kapitaliści, mając hardkorowców w głębokim poważaniu, inwestują w casuali. Pff, w końcu biznes growy to BIZNES growy a nie biznes GROWY. Jeśli okaże się, że jakaś gra się swietnie sprzedaje, to nikogo nie będzie interesowało komu się ona podoba, tylko to ŻE się podoba. I będzie niemal pewne, że pojawią się naśladowcy.
    No właśnie – naśladowcy. Zombiaki (akurat nie za bardzo casualowe toto nie jest, ale…). „Zombie Mody” do CSa i CoDa, Dead Rising, L4D, w końcu Nazi Zombies w CoD WaW. Zombiaki są w cenie – i dlatego developerzy pchają te niemartwe stworzenia do swoich gier.
    A Graczem godny jest nazywać się osobnik, króry nie piraci, nie gra w gry „RZEBY ZABIAĆ¡!!” (oczywiście trochę głupawego mordowania nie zaszkodzi, ale z umiarem…) i szuka w grach czegoś więcej niż krwi i grafiki. Potrafi docenić produkcje sprzed dekady. Ale komu ja to mówię 😉

Comments are closed.